Biegam.
Od roku startuję też w biegach zorganizowanych, na różnych dystansach.
I od tego czasu wszyscy pytają mnie o moje życiówki...
O co?
No wiesz, jaki masz czas w półmaratonie, a na 10 km? Jak chcesz dzisiaj pobiec? Chcesz pobić swoją życiówkę?
No próbuj!
Ale jakie życiówki mam bić? Z kim mam się o nie bić? I przede wszystkim po co?
Nie rozumiałam, o co moim biegowym kolegom chodzi. Dzisiaj wiem już trochę więcej.
Jednak cały czas zastanawiam się: bić czy nie bić?
Oto jest pytanie!
PO RAZ PIERWSZY
Cofnijmy czas: jest rok 2013, 5 kwietnia.
Dzisiaj mam przebiec pierwszy raz w życiu dystans półmaratoński. To mój podwójny pierwszy raz - po pierwsze - dystans, po drugie - jeszcze nigdy nie brałam udziału w żadnym zorganizowanym biegu, w zawodach.
Jak się powiedziało "a", to trzeba powiedzieć "b".
Objawy przed startem dość typowe, nie będę o nich pisać. Biegnę. Męczę się na trasie. Zarzekam się, że nigdy więcej nie pobiegnę żadnych zawodów w Poznaniu - bo to, co mnie najbardziej zmęczyło, to fakt, że znam te ulice, po których biegnę i wiem, że za chwilę będzie podbieg, a dalej długa i nudna prosta Droga Dębińska. Nie mogłam zachwycić się okolicą, czymś nowym, nieznanym.
Wymęczona, zadowolona z pokonania dystansu. Tyle. Nie przeszczęśliwa, nie skaczę do nieba z radości. Satysfakcja. Nic więcej.
Jest 2014 rok.
(W międzyczasie pobiegłam kilka półmaratonów (w tym dwa górskie) i kilka krótszych biegów. Nigdy samym bieganiem nie żyłam, więc oprócz klepania kilometrów czas wolny poświęcam na inne moje pasje - rower, trekking w górach i wspinanie. W listopadzie 2013 roku zdecydowałam się na trening funkcjonalny z trenerem personalnym. Dwa razy w tygodniu, tydzień w tydzień).
PO RAZ DRUGI
Decyduję się na start w 9. PZU Półmaratonie Warszawskim. To ma być start w ramach treningu, bo moje cele biegowe są gdzie indziej, nie na asfalcie. Mimo to w głowie rodzi się cichy plan, by pobiec szybciej niż rok temu w Poznaniu. Ile szybciej? Nie wiem, bo nie mam rozeznania. Nie biegam z zegarkiem, nie kontroluję swojego tempa, nie wiem, jaki mam czas na km, więc nie potrafię obliczyć, na ile mogę pobiec. Po prostu szybciej.
Sporo biegam z Tomkiem Żurawskim (moim nieocenionym, niedocenionym personalnym biegowym trenerem). Jemu szepnęłam skryte marzenie, że może bym spróbowała pobiec na 1:45. On jest spokojny o moje możliwości i mówi, że mam próbować.
W półmaratonie biegnie też Marcin, to on przy odbieraniu pakietu startowego namawia mnie, bym wydrukowała sobie opaskę na 1h 44min. Nierealne - myślę.
Niedziela, 30 marca. Start o 10.00.
Marcin ma jeden pakiet do przekazania, więc idziemy wcześniej na stadion, czyli miejsce startu. Stres jest, ale czuję się dobrze. 1:45 - tak bym chciała pobiec, myślę sobie. Idziemy, szukając "znajomego". Mijamy już tłum rozgrzewających się biegaczy, nagle ktoś zakrywa mi dłońmi oczy, odruchowo odsuwam się, obracam w tył i... widzę Żurka! Marcin z Żurkiem wymieniają się uśmiechami, a ja stoję jak wryta... jak wystraszona wryta Ruta...
To jest ten znajomy, któremu Marcin miał przekazać pakiet. Panowie umówili się już dużo wcześniej w Poznaniu, nic mi o tym nie mówiąc! Żurek postanowił być moim prywatnym pacemakerem... Jak go nie lubić???
Czego więcej mogłam w tej chwili chcieć, jak tylko sił w nogach... Wiedziałam, że o resztę on zadba. Wodę poda, zmotywuje, przystopuje, kiedy trzeba.
Biegło mi się bardzo dobrze, cała trasa była bardzo dobrze przygotowana. Nogi niosły, Tomek czuwał nad tempem, to się musiało udać. Jedynie podbieg na Agrykoli mnie zmęczył na tyle mocno, że przez chwilę pomyślałam, żeby zwolnić, żeby dać sobie spokój z życiówką. Przez całą trasę Tomek nie zdradzał mi, jakie mamy tempo. Powtarzał tylko, że biegnę szybciej niż sobie założyłam.
600 metrów do mety, jesteśmy już przy stadionie. Przyspieszam, wreszcie widzę zegar, który pokazuje czas w granicy 1h 43 min. W głowie myśl: "dasz radę!". Przyspieszam. Stop. Koniec.
To przerosło moje najśmielsze oczekiwania, bo to oznaczało, że poprawiłam życiówkę sprzed roku o 10 minut. Sama sobie gratuluję.
Podziękowania osobistemu pacemakerowi składać będę jeszcze długo, długo, dłuuuugooo... :)
PO RAZ TRZECI
Tydzień później.
6 kwietnia startuje 7. Poznań Półmaraton.
6 kwietnia startuje 7. Poznań Półmaraton.
Nie zapisywałam się na niego świadomie. Zeszłoroczny debiut na tym dystansie właśnie na tej imprezie tak mocno wrył mi się w pamięć swoimi negatywami, że nie chciałam tego powtarzać. Jednak sukces z Warszawy sprawił, że zaczęła po głowie chodzić myśl "a może jestem w stanie pobić tę życiówkę?". Jeśli tak, to półmaraton w Poznaniu jest jedyną szansą w tym sezonie, gdyż kolejne starty zaplanowałam daleko od szosy ;) Pojawiła się możliwość odkupienia pakietu, więc, idąc za ciosem, podjęłam próbę. Tym bardziej, że wiedziałam, że i tym razem podczas biegu będę mogła liczyć na prywatnego motywatora (jestem szczęściarą, wiem!).
Tym motywatorem był Marcin, który został wytypowany na oficjalnego pacemakera podczas tego biegu. Obiecał, że mnie będzie miał na oku, więc już na samym starcie ustawiłam się tuż obok niego, nie do końca wierząc, że jestem w stanie tydzień po warszawskim sukcesie, dokonać czegoś lepszego. Bez wystarczającej regeneracji.
Tym motywatorem był Marcin, który został wytypowany na oficjalnego pacemakera podczas tego biegu. Obiecał, że mnie będzie miał na oku, więc już na samym starcie ustawiłam się tuż obok niego, nie do końca wierząc, że jestem w stanie tydzień po warszawskim sukcesie, dokonać czegoś lepszego. Bez wystarczającej regeneracji.
Trasa biegu wydała mi się tak samo nudna jak rok temu, jednak fakt, że Marcin rozbawiał biegnących obok niego i zagrzewał do kibicowania wszystkich ludzi, to miałam możliwość nie skupiania się na tym, co mi mówi głowa. A nie mówiła pozytywnych rzeczy ;)
Biegło mi się gorzej niż w Warszawie, głównie przez brak wystarczającego uzupełniania płynów. W Warszawie Tomek niemal z aptekarską dokładnością mówił mi, ile i kiedy mam pić, więc nie musiałam o tym w ogóle myśleć, tylko poddać się temu, co każe kołcz :)
Od około 14-15 kilometra zaczęłam zwalniać, chciałam zjeść żel, ale nie miałam wody do popicia, więc zrezygnowałam. Powtarzałam sobie tylko w głowie, że muszę widzieć baloniki na 1:40. I tak starałam się biec, niekiedy ten bieg zamieniał się w interwały - słabłam, zwalniałam, po czym przyspieszałam, by mieć Marcina w zasięgu wzroku.
No i ten ostatni podbieg przed metą... nie polubię trasy poznańskiego półmaratonu, i tyle!
Wreszcie jest META.
Oficjalny czas: 1:40:19
Biegło mi się gorzej niż w Warszawie, głównie przez brak wystarczającego uzupełniania płynów. W Warszawie Tomek niemal z aptekarską dokładnością mówił mi, ile i kiedy mam pić, więc nie musiałam o tym w ogóle myśleć, tylko poddać się temu, co każe kołcz :)
Od około 14-15 kilometra zaczęłam zwalniać, chciałam zjeść żel, ale nie miałam wody do popicia, więc zrezygnowałam. Powtarzałam sobie tylko w głowie, że muszę widzieć baloniki na 1:40. I tak starałam się biec, niekiedy ten bieg zamieniał się w interwały - słabłam, zwalniałam, po czym przyspieszałam, by mieć Marcina w zasięgu wzroku.
No i ten ostatni podbieg przed metą... nie polubię trasy poznańskiego półmaratonu, i tyle!
Wreszcie jest META.
Oficjalny czas: 1:40:19
Coś niebywałego dla mnie...
Jak to? Co tydzień nowa życiówka?
Jak to? Co tydzień nowa życiówka?
Ha! Tak! Co tydzień nowa życiówka!
Niemal dokładnie w rocznicę pierwszego mojego startu na dystansie 21, 095 km poprawiłam swój czas o 17 minut!
I już powoli zaczynam rozumieć, że to bicie (się) ma sens.
Niemal dokładnie w rocznicę pierwszego mojego startu na dystansie 21, 095 km poprawiłam swój czas o 17 minut!
I już powoli zaczynam rozumieć, że to bicie (się) ma sens.
Znam odpowiedź.
I nie będę oryginalna.
Bo odpowiedź brzmi: te moje małe sukcesy mają swoje źródło w odpowiednio dobranym treningu. I nie chodzi o bieganie z zegarkiem najwyższej klasy, według tempa, tętna, rytmu czy stukotu ;)
Biegowe treningi to jedno - tutaj niewiele zmieniłam od roku. Biegam dłuższe dystanse i więcej po górkach, bo pod takie biegi się przygotowuję.
Ale sekret tkwi gdzie indziej - w dodatkowych treningach pozabiegowych. Od listopada 2013 roku trenuję dwa razy w tygodniu z trenerem personalnym (zainteresowanym mogę przekazać kontakt do niego), który przygotowuje mnie nie tylko wydolnościowo i wytrzymałościowo do dłuższych biegów górskich, ale też wzmacnia wszystkie partie mięśni, ćwiczy stabilizację, równowagę... To naprawdę przekłada się na osiągane efekty biegowe.
Do tego odpowiednia dieta.
I charakter typowy dla osób spod znaku Skorpiona ;)
I można osiągać swoje małe sukcesy.
I charakter typowy dla osób spod znaku Skorpiona ;)
I można osiągać swoje małe sukcesy.





życzę kolejnych sukcesow !!
OdpowiedzUsuńdziękuję!
Usuńmam nadzieję, że spotkamy się gdzieś na biegowych ścieżkach :)
Moja Rutka Szybkonoga !! Stresoodporny Cyborgu ;) kibicuję całym sercem :)
OdpowiedzUsuńoj, Karolku, Karolku :)
UsuńCiebie też muszę do swojego sztabu trenerskiego włączyć, bo motywatorką jesteś najlepszą! i komplemenciarą?!
Sama prawda i tylko prawda :)
OdpowiedzUsuńKarolina, jeszcze raz gratulacje! Ladne zyciowki :)
OdpowiedzUsuńDwa razy w tygodniu robisz trening uzupelniajacy, a ile razy biegasz? I ile mniej wiecej kilometrow tygodniowo?
Michale, dziękuję! :)
UsuńCo do treningu - dwa razy w tygodniu trening personalny, do tego raz w tygodniu godzina fitball, godzina stretching. Rowerem robię ok. 50 km tygodniowo (do i z pracy, niekiedy wycieczka nad jezioro itp.). Ile biegam w tygodniu? Staram się 3-4 razy, ale to naprawdę jest niezaplanowane nigdy wcześniej. Biegam ok. 50 km tygodniowo (z wahaniami w jedną i drugą stronę). Wszystko zależy, ile czasu mam do dyspozycji.
Strach pomyśleć, co by się działo z moimi życiówkami, gdybym miała rozpisany trening na bieganie ;)