niedziela, 20 kwietnia 2014

Głową w mur - Orlen Warsaw Marathon

Po udanym maratonie w Berlinie we wrześniu ubiegłego roku, gdy niewiele zabrakło do złamania 3h postanowiłem poszukać jakiegoś maratonu na wiosnę, na którym podjąłbym kolejną próbę zaatakowania magicznej granicy. Wybór padł na Orlen Warsaw Marathon, a nadchodząca zima dawała bardzo dużo czasu na przygotowania, przez co liczyłem że uda się dobrze przygotować do tego biegu. Jednak nie wszystko poszło tak jak sobie założyłem i z najdłuższym w życiu finiszem dotarłem do mety...
I - przygotowania

Każdy kolejny bieg stanowi dla mnie naukę, z której chcę wyciągać dobre wnioski i eliminować ewentualne błędy na przyszłość. W pierwszej kolejności zatem zabrałem się za to co mogło mi przeszkodzić w Berlinie, czyli podleczenie zębów. Przed maratonem złapała mnie grypa, a dzień przed biegiem zrobił mi się stan zapalny w ósemce. Po maratonie planowałem jeszcze pobiec kilka życiówek, ale choroby i osłabienie organizmu po biegu przekonały mnie żeby odpuścić sobie ściganie, wypocząć i zabrać się ze spokojem za treningi.

Do Berlina przygotowywałem się wg rozpisek trenera (Paweł Grzonka - serdecznie polecam) i czułem się wtedy bardzo dobrze przygotowany. Na bazie tamtych przygotowań chciałem się sam przygotowywać do OWM. Z Pawłem trenowałem jeszcze do końca roku, po czym zacząłem sobie sam rozpisywać treningi. Po nabraniu sił i spokojnym wejściu w okres przygotowawczy czułem dużo mocy w nogach nawet mimo bardziej siłowych treningów. Czułem, że wszystko idzie w dobrą stronę, jednak ze względu na zęby musiałem przystopować z treningami - łącznie na przełomie stycznia i lutego straciłem dwa razy po tygodniu bez biegania ze względu na wyrwanie zębów mogących powodować stany zapalne. Lepiej było to wyleczyć zimą, ale przełożyło się to na spadek mocy i gorsze samopoczucie po braniu antybiotyków. 

Straciłem dwa tygodnie w najlepszym dla mnie momencie i żeby to nadrobić od razu po przerwie zabrałem się za mocniejsze treningi. Nie czułem jednak za bardzo mocy, pomimo dobrych czasów na treningach. Cieszył brak zmęczenia, dzięki czemu wiedziałem że nie mam przetrenowania. W połowie marca rozpocząłem cotygodniowy cykl biegów w zawodach, na podstawie których miałem wiedzieć, w którym miejscu się znajduję. Mimo zrobienia życiówek w biegach na 5km i 10km wiedziałem, że to nie jest maks możliwości i że te czasy mogłem już jesienią robić po maratonie. Głównym testem miał być półmaraton warszawski, gdyż ten dystans najlepiej oddaje możliwości odnośnie spodziewanego wyniku w maratonie - bieg mi nie poszedł i skończyłem z czasem o 1,5 minuty gorszym niż przed Berlinem. To plus brak świeżości stanowiło dla mnie wyraźny sygnał, że osiągnięcie zakładanego czasu może być mało realne do zrobienia. Jednak postanowiłem spróbować i sprawdzić jakie mam możliwości...

II - pierwsza część biegu - względny komfort

Do Warszawy przybyliśmy silną ekipą dzień przed biegiem i po odebraniu pakietów startowych i pasta party udaliśmy się do hostelu na wypoczynek. Wieczór upłynął w miłej atmosferze i ostatnie godziny poświęciliśmy na omówienie założeń na bieg. Dodatkowo zabrałem się za rozciąganie prawego uda i rozsmarowanie maścią chłodzącą prawego kolana, które bolało mnie ostatni tydzień przed maratonem. Rano przed biegiem ostatnim przygotowaniom towarzyszyła muzyka - w ucho wpadł mi refren jednej z piosenek - "Daj z siebie wszystko". Jak się później okazało piosenka ta miała mi towarzyszyć podczas biegu...

W miasteczku biegowym pojawiliśmy się ok. godziny przed startem i po chwili na ostatnie pogaduchy i złożeniu życzeń udanego biegu innym znajomym udałem się na linię startu. Na bieg zabrałem ze sobą 8 żeli Xenofit, 2 tabletki No-SPA i tabletkę przeciwbólową - taki zestaw miałem w Berlinie i chciałem również na tym biegu identycznie z niego skorzystać. Na starcie ustawiłem się tuż za balonikami na 3:00 - plan na bieg był prosty - biec jak najdłużej to możliwe z pacemakerami, a w przypadku braku sił walczyć o dobiegnięcie do mety. 

Pierwsze kilometry były w miarę spokojne, trochę aż za spokojnie jak dla mnie - pierwsze 5km pokonaliśmy w czasie 21:47 co było o prawie pół minuty wolniejsze niż wg zakładanych międzyczasów. Po 5km był pierwszy punkt odżywczy, więc zgodnie z planem zjadłem żel, popiłem trochę wodą i biegłem dalej za pacemakerami. Początek biegu trochę bez historii - kolejne kilometry upływały jeden po drugim, ale wydawało mi się, że było nadal wolniej niż planowano. 
5.km - cały czas równo za balonikami
Na 10km zameldowałem się w czasie 43:10, a różnica nadal wynosiła 30 sekund. Kolejny punkt odżywczy, więc była pora na żel, łyk wody i dalsze gonienie. Od tego momentu zaczęliśmy nieznacznie przyspieszać, aby podgonić trochę zakładane tempo. Trochę zaskoczył mnie chwilowy atak kolki, ale szybko udało się z nim poradzić. Bieg toczył się już na Ursynowie, a przed nami były długie proste ze słońcem świecącym prosto w twarz. Powoli odczuwałem zmęczeni, ale biegło się jeszcze dobrze, więc trzymałem tempo. 15km - odrobione 5 sekund, a na 20km brakowało już tylko niecałe 10 sekund do zakładanego międzyczasu. Szybsze 10km dało mi się we znaki i pomimo równego brania żeli oraz popijania wodą czułem nadchodzące zmęczenie. Linię półmaratonu pokonałem jeszcze razem z pacemakerami, ale to był już moment, gdy zaczęła mi grupa odjeżdżać... Międzyczas na połowie dystansu - 1:30:14

III - druga połowa, czyli chiński mur


Chwilę po minięciu półmetka jak poczułem, że nie jestem w stanie utrzymać tempa pacemakerów zacząłem stopniowo zwalniać. Wiedziałem że nie ma już co się szarpać, tylko starać się na względnym komforcie dobiec do mety. Półmetek maratonu był w Wilanowie i od tego momentu trasa kierowała się w kierunku północnym, więc słońce zaczęło świecić w plecy. Od 22km zaczęła mnie boleć głowa - ból był raczej niewielki, ale cały czas się utrzymywał już do końca biegu. 

Na całe szczęście organizatorzy rozstawili punkty odżywcze co 2,5km i kolejne kilometry upływały mi na odliczaniu do kolejnego punktu odżywczego. Zmieniłem też podejście i zamiast kilku łyków z jednego kubka (w pierwszej połowie biegu) przeszedłem na taktykę dwóch kubków - pół kubka wypić, resztę wylać na głowę i drugi tak samo. Każdy kolejny kilometr był coraz wolniejszy, a długie proste ciągnące się do centrum miasta nie sprzyjały poprawie humoru i sił. 

Mniej więcej w granicach 25km rozpoczęła się w mojej głowie dyskusja na temat zasadności takiego biegania. Zacząłem się pytać sam siebie po co mi takie bieganie maratonów na maksa, skoro można to robić wolniej na o wiele większym komforcie biegu. Przecież ten maraton miał być dla mnie ostatnim mocnym akcentem wiosny i po części formą wybiegania przed zbliżającymi się pierwszymi biegami ultra. Dyskusja została zakończona wewnętrzną zgodą, że po maratonie kończę z takim bieganiem na granicy możliwości i wróciłem do dalszego odliczania brakujących kilometrów do mety.

Po 30km dopadła mnie zniechęcająca myśl, że walczę już ze sobą 8km, a tutaj nadal czeka mnie jeszcze do przebiegnięcia 12km... Tempo spadło już w okolice 5 min/km i wiedziałem że na pewno jestem w stanie ukończyć bieg w granicach 3:10-3:15, więc nie tak źle jak na przygotowania i długą walkę. Coraz bardziej nawarstwiała się walka pomiędzy tym co głowa ciągnęła do przodu, a jak mocno nogi ciągnęły w tył. Musiałem pójść też na kompromis - zmęczenie tak mocno dało mi się we znaki, że postanowiłem na każdym kilometrze robić przerwy 50-100m na marsz. Dłużej też zatrzymywałem się na punktach z wodą, ale na szczęście udało się już utrzymać spadek tempa i równo lecieć dalej.
35.km - jeszcze były siły

Trasa biegu wkroczyła już bardziej w centrum i pojawiły mi się znajome miejsca. Znacznik 35km był w okolicach Łazienek Królewskich i biegłem w odwrotnym kierunku jak dwa tygodnie wcześniej na półmaratonie i mniej więcej w tym samym miejscu ciężko mi się biegło. Chwilę później dogoniłem Artura Kujawińskiego, który również walczył o dobiegnięcie do mety. Chwilę pogadaliśmy i praktycznie kolejne kilometry pokonywaliśmy razem. Ja nadal przechodziłem na chwilę do marszu, ale po chwili udawało mi się trochę podgonić i dorównać do Artiego. Może to było zrządzenie losu, ale cieszę się że udało się tak razem biec, szczególnie że zbliżało się do mnie coś czego się w ogóle nie spodziewałem.

W okolicy 38-39km pojawił się w końcu długo wyczekiwany, upragniony od wielu kilometrów widok - Stadion Narodowy, czyli meta i zwieńczenie moich męczarni. W głowie nadal wybrzmiewały słowa piosenki "...daj z siebie wszystko, (...) cel jest tak blisko...", które nabierały coraz większego znaczenia. Dodatkowo przypomniała mi się jedna rzecz, o której przeczytałem chyba w książce Scotta Jurka - w biegach ultra czasami spotykana jest sytuacja, że po przebiegnięciu kilkudziesięciu kilometrów, na kilkaset metrów przed linią mety zawodnik zaczyna się chwiać i ma ogromne problemy z dotarciem do końca. Autor wskazywał, że może to wynikać z mózgu, który po długim okresie skrajnego wysiłku dostając sygnały o widocznym końcu biegu, traktuje że to już jest koniec i wyłącza układ ruchu. Przypomnienie sobie tego faktu lekko mnie przeraziło, ale po cichu się pocieszałem, że to mnie nie będzie przecież dotyczyć...
40.km - totalny reset
Po chwili myśli te jednak uciekły, a wraz z nimi wszystko inne. Zacząłem się czuć jak przed snem, mając chwilowe urywki wizji i fonii, po czym nastąpiło odcięcie. Arti widział co się zaczyna ze mną dziać i postanowił poprowadzić mnie do mety. Tak jak minięcie znacznika 40km jeszcze pamiętam, że po chwili marszu sam mówiłem do Artiego że możemy biec dalej, tak po chwili miałem pustkę. Nie pamiętam Piotra Bętkowskiego, który chciał nam pomóc w kontynuowania biegu. Nie pamiętam też Buczka i Wiesia, których na składane propozycje pomocy odrzucałem krzycząc im, żeby biegli dalej do mety. Totalny zanik pamięci zaczął mijać w momencie pojawienia się wielkiego bólu w całym ciele - kręciło mi się w głowie, nogi miałem powykręcane z chwytających kolejne mięśnie skurczy i nie byłem w stanie iść prosto, a co tu w ogóle mówić o kontynuowaniu biegu. Działo się to wszystko na około 1,5 km przed metą...

W tym momencie chciałbym po raz kolejny podziękować mocno Arturowi, który pomógł mi przetrwać ten trudny moment. Naprawdę mam szczęście, że wśród tylu biegaczy na trasie trafiłem akurat na niego. Arti ma doświadczenie w biegach ultra, więc był w stanie idealnie do mnie dotrzeć i prowadzić dalej. Podchodzili do nas sędziowie, którzy chcieli ściągnąć mnie z trasy, ale nie pozwolił im na to. Z trzech sędziów pamiętam tylko ostatniego, którego sam poganiałem że dam radę dotrzeć do mety.
Ostatnia prosta do mety

Kolejne metry upływały mi tak samo jak pokonywane wcześniej kilometry. Podświadomie wiedziałem, że nie jest ze mną dobrze, ale nie byłem w stanie zapanować nad ciałem. Dostałem od kogoś butelkę wody i na zmianę piłem i oblewałem głowę, aby chociaż trochę ją schłodzić. Arti w dalszym ciągu prowadził mnie pod rękę i póki patrzyłem przed siebie to byłem w stanie iść prosto. Na ostatniej prostej po obu stronach barierek była masa kibiców, od których dostawałem ciągłe oklaski i okrzyki "dasz radę" - za to chcę również podziękować, bo niosło mnie to pomimo braku jakichkolwiek sił. W momentach jak się rozglądałem na boki zaczynałem krzywo iść i Arti musiał mnie łapać do pionu. Po drodze widziałem innych biegaczy, którzy zatrzymywali się żeby rozciągnąć dopadające ich skurcze. Nie wiem skąd mi się to brało, ale zatrzymywałem się w tych momentach i pytałem się ich czy im nie pomóc. Za każdym razem dostawałem grzeczną odmowę, więc kontynuowałem mój długi finisz.
Koniec! Dzięki Arti!

Ostatnie metry przed metą miałem już w miarę opanowane i poprosiłem Artura, że chcę sam przekroczyć metę. Po przekroczeniu linii mety i gratulacjach od Artiego za dotarcie do mety znowu mnie zachwiało, ale po chwili zostałem przez sanitariuszy zabrany na leżaki do innych podobnych do mnie biegaczy. W momencie jak się położyłem to dostałem momentalnie odlotu, którego nie miałem we wcześniejszej części biegu. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale dopadła mnie jakaś myśl, że przez ból, który zaczyna ogarniać całe moje ciało tracę poczucie realności - umysł wmawiał mi że wszyscy ludzie wyglądają dokładnie tak samo, wszystkie słowa są dokładnie takie same, a to że jest inaczej to wynika z tego że mnie wszystko boli. Przez łapiące mnie skurcze w ręce nie byłem w stanie utrzymać butelki z izotonikiem, a rozpaczliwe próby zawołania sanitariusza kończyły się niepowodzeniem. W końcu za którymś razem udało mi się poprosić jednego o pomoc w rozciągnięciu nóg w celu pozbycia się skurczy. Nie wiedziałem czemu, ale sanitariusz nie był w stanie mnie zrozumieć, pomimo tego, że wydawało mi się że mówię normalnie. 

Po chwili ból przestał mijać, czucie w nogach i rękach wracało do normy, jak również umysł zaczął bardziej jasno myśleć. Wstałem z leżaka i ruszyłem dalej w poszukiwaniu znajomych. Leżąc na leżaku starałem się wyłowić kogoś znajomego z tłumu przechodzących ludzi, ale nie udawało mi się to i strasznie mi tego brakowało. Dopiero po chwili spaceru trafiłem na Emilię, która po chwili jak mnie zobaczyła poszukała innych osób z naszej ekipy - dzięki wielkie Emi, nawet nie wiesz jak się wtedy ucieszyłem na widok znajomej twarzy :) Otoczony szerszym gronem znajomych poczułem się pewniej i starałem się im wmówić, że jest wszystko ok. Nie dali się na to nabrać i po chwili Dominik zaciągnął mnie do namiotu z masażami. Po wejściu do namiotu, ogrzaniu się i wypiciu soku pomarańczowego zacząłem się w końcu normalnie czuć. Skurcze i odlot w końcu miałem za sobą.

IV - post factum, czyli co się stało?

Po maratonie wiedziałem, że teraz czeka mnie stopniowa regeneracja po zaaplikowaniu sobie takiego wysiłku. Dodatkowo zacząłem analizować bieg i szukać przyczyn tego co się wydarzyło. Z różnych rozmów i przemyśleń wynikają dla mnie trzy główne rzeczy. Po pierwsze - nieodpowiednie przygotowanie. Nie byłem w formie i mocy do zakładanego tempa, którym chciałem pokonać maraton, co skutkowało szybszym opadnięciem z sił i ostrym wyczerpywaniu rezerw paliwa. Po drugie - odwodnienie. Pomimo regularnego picia na każdym z punktów odżywczych musiało to być za małe uzupełnienie w stosunku do tego co traciłem. Po trzecie - prawdopodobny spadek glukozy. Objawy, które miałem pasują zarówno do odwodnienia i spadku glukozy, więc ciężko jednoznacznie przypisać, ale poprawa samopoczucia po wypiciu soku pomarańczowego może wskazywać na niski poziom cukru we krwi.

Co dalej? Nie jest to koniec analizowania przyczyn - dla lepszej diagnozy udam się jeszcze na badania krwi i ekg, aby wykluczyć inne ewentualne możliwości. Lepiej działać profilaktycznie niż leczyć.

Jeśli chodzi o tytuł postu i głowę - w pewnym sensie pomimo niepowodzenia osiągnąłem w tym biegu cel, którego sobie nie zakładałem. Jedno to że udało się przełamać mityczną maratońską ścianę i ukończyć bieg, a drugie to że walką na końcówce biegu zaspokoiłem pragnienie głowy do tego aby biec dalej i mocniej. Tym co włożyłem w ukończenie tego biegu pokazałem sobie, że jestem w stanie osiągnąć dużo, nawet jeśli ciało nie jest w stanie podążać za głową. Dzięki temu nie muszę sobie już nic udowadniać, gdyż wiem że jestem w stanie to zrobić. Głowa, która jest chyba u mnie najmocniejszą częścią, udowodniła sobie że jest w stanie walczyć do końca, ale też się przekonała przy tym, że nie może za bardzo uciekać od reszty ciała, tylko skupić się na tym, żeby kolejne przeszkody pokonywać razem. Teraz pora na regenerację i stopniowy powrót do formy :)

6 komentarzy:

  1. Niesamowity opis walki na trasie! Całe szczęście - zakończony sukcesem. Gratuluję i podziwiam - jesteś człowiekiem z żelaza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Honorata, dziękuję za ocenę opisu :) człowiekiem z żelaza będę się czuł jeśli kiedyś skończę Ironmana, ale to już chciałbym bez takich przygód :)

      Usuń
  2. Z kolei mijając Cię tuż przed metą, widząc jak prowadzi Cię Arti pomyślałem - kolano - o nim wspominałeś mi tuż przed startem... a tu okazuje się odcięcie prądu ....mimo wszystko uważam, że powinieneś dla zdrowia po prostu zrezygnować, to co zrobiłeś było mega niebezpieczne - groziło niebezpieczeństwem dla Twojego zdrowia. Czasem warto sobie powiedzieć dość. Szacunek tak czy siak! Trzeba mieć mocną głowę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie będę pisał, że to co zrobiłeś było nieodpowiedzialne, sam doskonale wiesz :) Biegacz, to taki ciężki przypadek, który jak już rozpoczął bieg, to bardzo trudno jest mu zrezygnować... To też wymaga niesamowitej siły.

    Jest nauka, jest pokora - jest dobrze. Powodzenia i życzę udanej zemsty :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam pewne doświadczenie ze ścianą z powodu odwodnienia i niedożywienia, również podczas biegów ultra, ale Twój opis do tego trochę nie pasuje. Diagnoza o zbyt szybkim tempie jest wystarczająca do tego co przeżywałeś po połówce - niewytrenowanych mięsni nie da się oszukać, ale do 30 km nie miałeś jeszcze ściany, tempo 5:00 było przyzwoite, do tego momentu to efekt zbyt intensywnego wysiłku. Jako że jestem znacznie slabszym zawodnikiem niż Ty, a do tego również ze zbyt mocną głową :), nie raz tak miałem,a podczas zeszłorocznego Orlenu, bardzo dobrze się karmiłem i piłem, a od 30km musiałem odpuścic zupełnie. Są dwa rodzaje ściany, oba włącza nasza głowa żeby nas ochronić przed nadmiernym wysiłkiem. Jedna ochrona to wymuszenie redukcji tempa, mam wrażenie, że polega to na blokadzie sygnałów nerwowych do mięśni. To jest automat i nic z tym nie można zrobić, ale... można dalej biec i to bardzo długo, tylko bardzo powoli, najdłużej tak biegłem ok 30km w Biegu 7 Dolin, a na maratonach tak jak Ty teraz - ok 12-14km. Przyczyna automatycznej blokady może być różna - gorąc, górki, tempo, żołądek. Myślę, że tempo jest zbyt szybkie wtedy gdy wymaga dodatkowej mobilizacji, dodatkowej ponad to co robimy na treningach, i chyba wystarcza tu juz niewielkie przekroczenie granicy, o co przy biegach "na limesie" nietrudno, wystarczy że się trochę przegrzejesz, a organizm mobilizuje się do krotkiego spięcia zamiast do długiej wyprawy i szybko potem głupieje. Nie jeden z nas może śmialo powiedzieć, że gdyby ustawił się w tym dniu do biegu z metą na 30km, to ukończyłby go w wyśmienitej kondycji, to perspektywa dalszych 12km nas rozwala. Nie jeden ma dosyc po 25km (ja też) nie wykonując przy tym czegoś szczególnie ostrzejszego niz na treningu 10 dni wczesniej.
    Faza druga, czyli to co faktycznie jest ścianą, to już ostre odcięcie, myślę że polega na ograniczeniu dopływu krwi, a więc tlenu, organizm próbuje wymusić omdlenie, szczególnie gdy wyczuwa bezpieczną lokalizację, czytaj metę. Dlatego agrafki lub pętle wokół mety to durnota organizatorów. Gwałtowne skurcze, zauważ że szybko przemijające, to efekt chaosu koordynacji nerwowej mięsni, a niekoniecznie efekt odwodnienia, jesli odwodnienie to skurcze musialyby pojawic się znacznie wczesniej. Jak zapobiec temu co zaliczyłeś na ostatnich 2km? Na ultra można nawet usiąść na dłuższy czas, Ty dobiłeś do mety dzięki nadziei że zaraz się wszystko skończy :) To też motywacja, myślę jednak, że najsilniejszy bodziec to... wściekłość :) U mnie działa :) Obiekt wścieklości - do wyboru :)

    OdpowiedzUsuń
  5. bo wszystkie Artury to porządne chłopy :],
    a swoją drogą miałem raz taki sam przypadek u kolegi którego dopingowałem w Poznaniu gdy łamał 3:30 i po wbiegnięciu na MTP miał bodaj 100-150 metrów do mety i takie go skurcze złapały że na ten finisz nie starczyło mu chyba z 5ciu minut bo nie był w stanie zrobić kroku w przód.

    OdpowiedzUsuń