Jakiś czas temu, znudzony trochę ciągłymi startami w biegach ulicznych, postanowiłem poszukać jakiś nowych biegów, bardziej terenowych, w których mógłbym wystartować i zaliczyć zarówno fajne wybieganie jak i nową przygodę. Podczas przeszukiwania kalendarza z imprezami biegowymi trafiłem na imprezę nazwaną jako Ekstremalny Rajd na Orientację "Róża Wiatrów" ze startem w Koziegłowach pod Poznaniem. Bieg nie kolidował z innymi startami, a dystans 25km wydawał się idealny na dwa tygodnie przed debiutem w biegu ultra. Rok temu próbowałem biegania z mapą, ale po mieście i na krótkim dystansie (do 5km), więc wyzwanie robiło się coraz bardziej ciekawe. Smaczku przed biegiem dodawała jeszcze powiększająca się z każdym dniem adrenalina przedstartowa, której nie czułem już od dłuższego czasu :)
Poza dystansem 25km były do wyboru jeszcze trasy na 50 i 100km, ale na początek wiedziałem że nie ma się co porywać na takie dystanse, szczególnie że nie wiedziałem jak mi pójdzie posługiwanie się z mapą i kompasem. Aby nie pogubić się za bardzo na biegu przez ostatni tydzień przed startem szukałem po internecie informacji i porad odnośnie posługiwania się kompasem oraz poprawnego odczytywania mapy i znajdujących się na niej oznaczeń. Kompas kupiłem już jakiś czas temu, więc w ten element wyposażenia nie musiałem się zaopatrywać. W regulaminie biegu organizator wykazał, że dodatkowo wymagane jest posiadanie latarki, światła czerwonego lub odblasku, telefonu oraz folii NRC - brakowało mi tylko ostatniego elementu, ale szybko zadbałem o uzupełnienie ekwipunku. Koniec końców nic z tego nie wykorzystałem, ale nie zaszkodzi mieć na przyszłość - nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Dodatkowo poczytałem trochę o podstawowych zasadach w biegach na orientację i z taką wiedzą czułem się trochę pewniej na start w zawodach ;)
Start biegu zaplanowany był na godzinę 9 w sobotę, a odbiór pakietu można było zrobić najpóźniej pół godziny przed startem. Lista startowa na wszystkie trasy (dodatkowo była jeszcze trasa rowerowa na 150km) zawierała ok. 100 nazwisk, więc nie spodziewałem się dużych kolejek. Po przybyciu do biura zawodów i chwili czekania odebrałem kartę startową (do odznaczania zaliczenia punktów na trasie) oraz kartkę z dodatkowymi informacjami o miejscu ulokowania punktu kontrolnego. Słowem dopowiedzenia dla nie znających tematu - w biegach i rajdach na orientację należy odszukać w terenie punkty kontrolne (PK), oznaczone najczęściej biało-czerwonym lampionem z przymocowanym perforatorem (lub czytnikiem chipów) do odbicia karty startowej w celu potwierdzenia wizyty na danym punkcie kontrolnym. Mapa z oznaczeniem PK jest wydawana zazwyczaj krótko przed startem na odprawie technicznej. W oczekiwaniu na wydanie map uciąłem sobie pogawędkę z Arturem, który w zawodach startował na dystansie 50km. Po otrzymaniu mapy i przeanalizowaniu wariantów trasy umówiliśmy się, że pierwsze punkty zaliczymy razem (po trzecim punkcie rozdzielały nam się kolejne punkty). Po krótkiej analizie mapy w trasę najpierw zostali wypuszczeni rowerzyści, a po krótkiej chwili trasy piesze - no to zaczyna się przygoda :)
W pierwszej kolejności postanowiliśmy ruszyć na wschód i rozpocząć od PK nr 9. Punkt ten był blisko startu i z niego mogliśmy udać się od razu po kolejne dwa punkty kontrolne. Pierwszy punkt udało się dosyć szybko znaleźć, więc po odbiciu karty startowej pobiegliśmy dalej w kierunku PK11. Do punktu postanowiliśmy udać się południową stroną, która wydawała nam się bardziej przystępna do pokonania. W okolice PK 11 dobiegliśmy po ok. pół godzinie od startu i pokonaniu 5,5km - tym razem poszukiwania zajęły trochę więcej czasu - chwilę przedzieraliśmy się przez las w celu odnalezienia lampionu z perforatorem. W drodze powrotnej do ścieżki nadziałem się na pokrzywy i wtedy wiedziałem, czemu większość osób startuje w długich spodniach lub w getrach ;) Z PK11 do PK12 w linii prostej był ok. 1 km, ale z trochę większym strumieniem po drodze, więc postanowiliśmy obiec trochę dalej ścieżkami. Tutaj również spędziliśmy chwilę na poszukiwanie punktu, ale na szczęście bez większego błądzenia. W tym punkcie rozdzielały się nasze trasy, więc życząc sobie powodzenia ruszyliśmy każdy w swoją stronę.
Do kolejnego punktu miałem już dłuższy odcinek do pokonania - postanowiłem wybrać najprostszą trasę przez Wierzenicę i Mielno. Po drodze minąłem jednego z biegaczy na 25km, z którym mijałem się już na poprzednich punktach - jak się miało okazać będziemy się jeszcze tak mijać praktycznie aż do samego końca :) Dobiegając do PK10 miałem na liczniku już ponad 14km, a to jeszcze nie była nawet połowa trasy - w tym momencie wiedziałem już, że trochę będzie większy dystans niż planowany. Przy punkcie kontrolnym spotkałem Marcina - znajomego poznanego na innym biegu. Marcin startował na dłuższym dystansie, a początek trasy zaczął odwrotnie niż ja (na tym terenie mieliśmy te same punkty kontrolne). Chwila pogaduchy i ruszyliśmy na północ na odcinek trasy z biegiem na orientację - kilka punktów na małej przestrzeni. Do tego etapu otrzymaliśmy dodatkową, dokładniejszą mapę z oznaczeniami kolejnych punktów.
Pierwszym punktem miał być PK5, ale tutaj była mała niespodzianka - przy lampionie nie było perforatora, więc nie było jak potwierdzić obecność na punkcie. Wraz z Przemkiem (nowy znajomy, z którym mijałem się na poprzednich punktach) poszukaliśmy chwilę czy nie ma gdzieś w pobliżu innego lampionu, ale w okolicy nie było nic innego. Każdy zrobił zdjęcie lampionu jako potwierdzenie i ruszyliśmy dalej w stronę PK6 i PK4. Punkty te nie były trudne do odnalezienia, więc po chwili marszu i odnalezieniu lampionów, podbijaliśmy kartę i lecieliśmy dalej. Kolejne punkty (PK2 i PK3) były na podmokłym terenie, więc było się co uwijać żeby nie przemoczyć za bardzo butów ;) Ostatni punkt na etapie był najprostszy do odnalezienia ze wszystkich na tym etapie, ale po nim trzeba było chwilę przystanąć i przeanalizować dalszą trasę. Na biegach na orientację lepiej czasami przystanąć i przemyśleć dalszą trasę niż robić bezsensownie dodatkowe kilometry.
Do kolejnego punktu był znowu dłuższy odcinek do pokonania. Zastanawiałem się chwilę, od którego punktu zacząć, aby później do mety była jak najprostsza droga. Postanowiłem najpierw zaliczyć PK7, a później przez PK8 i dalej Kicin pobiec do mety. Z takim zamiarem ruszyłem na południe - na tym terenie było większe zalesienie i dużo przecinających się ścieżek, więc trzeba było czasami przystanąć i na mapie chwilę poanalizować miejsce, w którym się znajduję. Na szczęście i tym razem udawało się nie pogubić, a kolejne wybierane ścieżki przekonywały mnie, że biegnę zgodnie z planem. Powoli zbliżałem się w okolice Dziewiczej Góry. W pewnym momencie na drodze pojawiły się oznaczenia trasy i zaczęły mnie wyprzedzać rowery górskie - w tym samym dniu były też organizowane zawody MTB przebiegające właśnie przez Dziewiczą Górę.
W tym momencie za sobą miałem pokonane już ponad 25km, kończyła mi się woda w bukłaku, a dodatkowego smaku zrobiłem sobie mijając punkt żywieniowy dla zawodników MTB. Ze smutną miną minąłem stolik z wodą i pomarańczami - jakoś nie miałem sumienia pytać się o podzielenie się ze mną tymi specjałami. Dobiegając do planowanego miejsca odbicia w kierunku PK7 stwierdziłem, że pierwotny plan nie był jednak słuszny - z tego miejsca miałem bliżej do PK8, a tak to później musiałbym się niepotrzebnie cofać. Szybka korekta planu, kilometr biegu i już miałem do zaliczenia tylko jeden punkt :)
Do ostatniego punktu postanowiłem już nie błądzić przez las i górki przy Dziewiczej Górze, więc pobiegłem do końca ścieżką i później odbiłem na północny-zachód drogą prowadzącą prosto w okolice PK7 - punkt ten chciałem zaliczyć atakując od północnej strony. Jeśli chodzi o wybierane przeze mnie bieganie ścieżkami to było to działanie celowe, pomimo tego że wiedziałem, że nadrabiam trochę dodatkowe kilometry - biegnąc ścieżkami i drogami było mi łatwiej nawigować na mapie. Po drodze do PK7 minąłem się z przejeżdzającym rowerem Sławkiem - fajnie było zobaczyć w tym momencie kogoś znajomego. Ostatni punkt wydawał się być prosty, gdyż lampion miał być na zakręcie ścieżki. Niestety tutaj się trochę pogubiłem, gdyż wbiegłem w ścieżkę, której nie widziałem na mapie (swoją drogą mapa była bardzo dokładna i dzięki temu było łatwo się odnaleźć na wcześniejszych etapach biegu). Chwilę pobłądziłem w celu odnalezienia stawu, przy którym miała się znajdować domniemana ścieżka. Oczywiście kolejny raz spotkałem Przemka, który również poszukiwał ostatniego punktu. W końcu udało nam się trafić na trop, podbić kartę i można było już spokojnie zmierzać w kierunku mety :)
Dalszą drogę do mety każdy z nas postanowił pokonać już chodnikami przez Czerwonak, z powrotem do szkoły w Koziegłowach. Do mety z mapy wychodziło jakieś 5km, a zegarek pokazywał już 32km - docelowo na metę miałem wbiec z dystansem o 12km dłuższym niż optymalna trasa, którą pokonałbym w linii prostej pomiędzy punktami. Podziwiałem i kibicowałem w tym momencie Przemkowi, który wcześniej zdradził że jeszcze nigdy wcześniej nie przebiegł za jednym razem więcej niż 25km - dla niego to było o wiele większe wyzwanie. Wyjście z zacienionego lasu i dalsza droga w otwartym terenie, po chodniku i bez wody była już trochę bardziej męcząca. Cieszyłem się że to już końcówka i ze spokojem biegłem sobie do mety. Zacząłem się zastanawiać ile osób ukończyło już trasę na 25km - miałem przecież dłuższy dystans, a inni zawodnicy mogli pobiec trochę inną trasą. Poza Przemkiem nie widziałem nikogo innego na trasie kto by biegł na ten dystans, więc ciężko było coś wyrokować.
Na ostatniej prostej nie było już się jak pogubić, ale mimo to pilnie uważałem żeby nie przeoczyć czasem zakrętu w ulicę prowadzącą do szkoły i biura zawodów. Po zakręcie czekał już tylko ostatni podbieg i po chwili ukazał się budynek szkoły :) Meta zawodów była w pokoju, w którym były wydawane pakiety startowe. Wchodzę do szkoły, jakoś było mi trochę za pusto, przekraczam wejście do biura, oddaję kartę i z zastanowieniem pytam się organizatorów - "ile osób już dobiegło do mety". Odpowiedź trochę mnie wmurowała - "jak na razie tylko jedna" - odpowiedziała z uśmiechem pani sprawdzająca kartę :) Byłem trochę zdziwiony, więc moja reakcja była również mało odpowiednia - "no fajnie" ;) Jakoś do mnie nie docierało, że mogłem wygrać te zawody. Po ok. 7 minutach do biura wszedł Przemek, który również się zdziwił z pustek na mecie. Na metę dotarliśmy przed 14, czyli ponad 4 godziny od startu. Dla każdego na mecie był zapewniony ciepły posiłek, drożdżówka, napój izotoniczny i ciepłe napoje. Na kolejne osoby musieliśmy już poczekać trochę dłużej - zdobywcy 3. miejsca dotarli prawie półtora godziny po nas. Następne osoby docierały już później jedna po drugiej.
Ceremonia zakończenia zaplanowana była na godzinę 17, więc trzeba było trochę poczekać, ale na takie chwile zawsze warto poczekać :) Najlepsza trójka w kategorii open otrzymała puchar, dyplom i upominek - ręcznie wykonany świecznik ze szkła. Na koniec zdjęcia na pamiątkę i dla mnie było już po zawodach :) Cały czas na metę dobiegali kolejni zawodnicy. W momencie gdy opuszczałem biuro zawodów na metę stawił się pierwszy zawodnik z trasy 50km. Zadowolony wracałem do domu - łącznie pokonałem prawie 37km, więc zaliczyłem większy dystans niż planowałem, ale tempo było spokojniejsze i w pełni pod kontrolą.
Rajdy i biegi na orientację polecam każdemu - jest to super przygoda i fajne oderwanie się od biegania i ścigania się po asfalcie. Na trasie praktycznie nie używałem kompasu, ale przydatnym narzędziem jest linijka - dzięki niej można przeliczać dystans potrzebny do pokonania do kolejnego punktu kontrolnego lub miejsca odniesienia. Nie jest to nic trudnego, więc każdy łatwo się powinien w tym odnaleźć :) Ja w każdym bądź razie planuję dalej startować w tego typu zawodach, więc możecie się spodziewać dalszych opisów z moich przygód z bieganiem z mapą :)
Na koniec jeszcze mała, aczkolwiek ważna uwaga - jeśli biegacie po lesie to po powrocie do domu sprawdzajcie czy nie przyprowadziliście do domu nowego zwierzątka. Mowa to oczywiście o kleszczach, które lubią się wczepić, a niestety nie są one zbyt przyjaźne i mogą przynieść dużo szkód dla naszego organizmu - od zapalenia opon mózgowych po boreliozę. Dzień po biegu znalazłem u siebie pod kolanem jednego kleszcza i dzięki szybkiej interwencji udało mi się go pozbyć. Sprawdzajcie więc po każdym biegu, czy nie macie gdzieś kleszcza - dużo czasu to nie zajmuje, a pozwoli Wam bez dodatkowych przeszkód zdrowotnych kontynuować przygodę sportową.
P.S. Na ostatnim zdjęciu na głowie możecie zauważyć GoPro - po sklejeniu wrzucę na blog filmik z zaliczeniem poszczególnych punktów kontrolnych. Trochę lepiej zobaczycie jak to wygląda w praktyce :)
Poza dystansem 25km były do wyboru jeszcze trasy na 50 i 100km, ale na początek wiedziałem że nie ma się co porywać na takie dystanse, szczególnie że nie wiedziałem jak mi pójdzie posługiwanie się z mapą i kompasem. Aby nie pogubić się za bardzo na biegu przez ostatni tydzień przed startem szukałem po internecie informacji i porad odnośnie posługiwania się kompasem oraz poprawnego odczytywania mapy i znajdujących się na niej oznaczeń. Kompas kupiłem już jakiś czas temu, więc w ten element wyposażenia nie musiałem się zaopatrywać. W regulaminie biegu organizator wykazał, że dodatkowo wymagane jest posiadanie latarki, światła czerwonego lub odblasku, telefonu oraz folii NRC - brakowało mi tylko ostatniego elementu, ale szybko zadbałem o uzupełnienie ekwipunku. Koniec końców nic z tego nie wykorzystałem, ale nie zaszkodzi mieć na przyszłość - nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. Dodatkowo poczytałem trochę o podstawowych zasadach w biegach na orientację i z taką wiedzą czułem się trochę pewniej na start w zawodach ;)
![]() |
| W oczekiwaniu na start :) |
Start biegu zaplanowany był na godzinę 9 w sobotę, a odbiór pakietu można było zrobić najpóźniej pół godziny przed startem. Lista startowa na wszystkie trasy (dodatkowo była jeszcze trasa rowerowa na 150km) zawierała ok. 100 nazwisk, więc nie spodziewałem się dużych kolejek. Po przybyciu do biura zawodów i chwili czekania odebrałem kartę startową (do odznaczania zaliczenia punktów na trasie) oraz kartkę z dodatkowymi informacjami o miejscu ulokowania punktu kontrolnego. Słowem dopowiedzenia dla nie znających tematu - w biegach i rajdach na orientację należy odszukać w terenie punkty kontrolne (PK), oznaczone najczęściej biało-czerwonym lampionem z przymocowanym perforatorem (lub czytnikiem chipów) do odbicia karty startowej w celu potwierdzenia wizyty na danym punkcie kontrolnym. Mapa z oznaczeniem PK jest wydawana zazwyczaj krótko przed startem na odprawie technicznej. W oczekiwaniu na wydanie map uciąłem sobie pogawędkę z Arturem, który w zawodach startował na dystansie 50km. Po otrzymaniu mapy i przeanalizowaniu wariantów trasy umówiliśmy się, że pierwsze punkty zaliczymy razem (po trzecim punkcie rozdzielały nam się kolejne punkty). Po krótkiej analizie mapy w trasę najpierw zostali wypuszczeni rowerzyści, a po krótkiej chwili trasy piesze - no to zaczyna się przygoda :)
![]() |
| Czerwone kółka - punkty kontrolne, zieloną linią wyrysowana trasa mojego biegu :) |
Do kolejnego punktu miałem już dłuższy odcinek do pokonania - postanowiłem wybrać najprostszą trasę przez Wierzenicę i Mielno. Po drodze minąłem jednego z biegaczy na 25km, z którym mijałem się już na poprzednich punktach - jak się miało okazać będziemy się jeszcze tak mijać praktycznie aż do samego końca :) Dobiegając do PK10 miałem na liczniku już ponad 14km, a to jeszcze nie była nawet połowa trasy - w tym momencie wiedziałem już, że trochę będzie większy dystans niż planowany. Przy punkcie kontrolnym spotkałem Marcina - znajomego poznanego na innym biegu. Marcin startował na dłuższym dystansie, a początek trasy zaczął odwrotnie niż ja (na tym terenie mieliśmy te same punkty kontrolne). Chwila pogaduchy i ruszyliśmy na północ na odcinek trasy z biegiem na orientację - kilka punktów na małej przestrzeni. Do tego etapu otrzymaliśmy dodatkową, dokładniejszą mapę z oznaczeniami kolejnych punktów.
![]() |
| PK5 - brak perforatora |
Pierwszym punktem miał być PK5, ale tutaj była mała niespodzianka - przy lampionie nie było perforatora, więc nie było jak potwierdzić obecność na punkcie. Wraz z Przemkiem (nowy znajomy, z którym mijałem się na poprzednich punktach) poszukaliśmy chwilę czy nie ma gdzieś w pobliżu innego lampionu, ale w okolicy nie było nic innego. Każdy zrobił zdjęcie lampionu jako potwierdzenie i ruszyliśmy dalej w stronę PK6 i PK4. Punkty te nie były trudne do odnalezienia, więc po chwili marszu i odnalezieniu lampionów, podbijaliśmy kartę i lecieliśmy dalej. Kolejne punkty (PK2 i PK3) były na podmokłym terenie, więc było się co uwijać żeby nie przemoczyć za bardzo butów ;) Ostatni punkt na etapie był najprostszy do odnalezienia ze wszystkich na tym etapie, ale po nim trzeba było chwilę przystanąć i przeanalizować dalszą trasę. Na biegach na orientację lepiej czasami przystanąć i przemyśleć dalszą trasę niż robić bezsensownie dodatkowe kilometry.
Do kolejnego punktu był znowu dłuższy odcinek do pokonania. Zastanawiałem się chwilę, od którego punktu zacząć, aby później do mety była jak najprostsza droga. Postanowiłem najpierw zaliczyć PK7, a później przez PK8 i dalej Kicin pobiec do mety. Z takim zamiarem ruszyłem na południe - na tym terenie było większe zalesienie i dużo przecinających się ścieżek, więc trzeba było czasami przystanąć i na mapie chwilę poanalizować miejsce, w którym się znajduję. Na szczęście i tym razem udawało się nie pogubić, a kolejne wybierane ścieżki przekonywały mnie, że biegnę zgodnie z planem. Powoli zbliżałem się w okolice Dziewiczej Góry. W pewnym momencie na drodze pojawiły się oznaczenia trasy i zaczęły mnie wyprzedzać rowery górskie - w tym samym dniu były też organizowane zawody MTB przebiegające właśnie przez Dziewiczą Górę.
W tym momencie za sobą miałem pokonane już ponad 25km, kończyła mi się woda w bukłaku, a dodatkowego smaku zrobiłem sobie mijając punkt żywieniowy dla zawodników MTB. Ze smutną miną minąłem stolik z wodą i pomarańczami - jakoś nie miałem sumienia pytać się o podzielenie się ze mną tymi specjałami. Dobiegając do planowanego miejsca odbicia w kierunku PK7 stwierdziłem, że pierwotny plan nie był jednak słuszny - z tego miejsca miałem bliżej do PK8, a tak to później musiałbym się niepotrzebnie cofać. Szybka korekta planu, kilometr biegu i już miałem do zaliczenia tylko jeden punkt :)
Do ostatniego punktu postanowiłem już nie błądzić przez las i górki przy Dziewiczej Górze, więc pobiegłem do końca ścieżką i później odbiłem na północny-zachód drogą prowadzącą prosto w okolice PK7 - punkt ten chciałem zaliczyć atakując od północnej strony. Jeśli chodzi o wybierane przeze mnie bieganie ścieżkami to było to działanie celowe, pomimo tego że wiedziałem, że nadrabiam trochę dodatkowe kilometry - biegnąc ścieżkami i drogami było mi łatwiej nawigować na mapie. Po drodze do PK7 minąłem się z przejeżdzającym rowerem Sławkiem - fajnie było zobaczyć w tym momencie kogoś znajomego. Ostatni punkt wydawał się być prosty, gdyż lampion miał być na zakręcie ścieżki. Niestety tutaj się trochę pogubiłem, gdyż wbiegłem w ścieżkę, której nie widziałem na mapie (swoją drogą mapa była bardzo dokładna i dzięki temu było łatwo się odnaleźć na wcześniejszych etapach biegu). Chwilę pobłądziłem w celu odnalezienia stawu, przy którym miała się znajdować domniemana ścieżka. Oczywiście kolejny raz spotkałem Przemka, który również poszukiwał ostatniego punktu. W końcu udało nam się trafić na trop, podbić kartę i można było już spokojnie zmierzać w kierunku mety :)
Dalszą drogę do mety każdy z nas postanowił pokonać już chodnikami przez Czerwonak, z powrotem do szkoły w Koziegłowach. Do mety z mapy wychodziło jakieś 5km, a zegarek pokazywał już 32km - docelowo na metę miałem wbiec z dystansem o 12km dłuższym niż optymalna trasa, którą pokonałbym w linii prostej pomiędzy punktami. Podziwiałem i kibicowałem w tym momencie Przemkowi, który wcześniej zdradził że jeszcze nigdy wcześniej nie przebiegł za jednym razem więcej niż 25km - dla niego to było o wiele większe wyzwanie. Wyjście z zacienionego lasu i dalsza droga w otwartym terenie, po chodniku i bez wody była już trochę bardziej męcząca. Cieszyłem się że to już końcówka i ze spokojem biegłem sobie do mety. Zacząłem się zastanawiać ile osób ukończyło już trasę na 25km - miałem przecież dłuższy dystans, a inni zawodnicy mogli pobiec trochę inną trasą. Poza Przemkiem nie widziałem nikogo innego na trasie kto by biegł na ten dystans, więc ciężko było coś wyrokować.
| Ostatnie metry przed wbiegnięciem do biura zawodów :) |
Na ostatniej prostej nie było już się jak pogubić, ale mimo to pilnie uważałem żeby nie przeoczyć czasem zakrętu w ulicę prowadzącą do szkoły i biura zawodów. Po zakręcie czekał już tylko ostatni podbieg i po chwili ukazał się budynek szkoły :) Meta zawodów była w pokoju, w którym były wydawane pakiety startowe. Wchodzę do szkoły, jakoś było mi trochę za pusto, przekraczam wejście do biura, oddaję kartę i z zastanowieniem pytam się organizatorów - "ile osób już dobiegło do mety". Odpowiedź trochę mnie wmurowała - "jak na razie tylko jedna" - odpowiedziała z uśmiechem pani sprawdzająca kartę :) Byłem trochę zdziwiony, więc moja reakcja była również mało odpowiednia - "no fajnie" ;) Jakoś do mnie nie docierało, że mogłem wygrać te zawody. Po ok. 7 minutach do biura wszedł Przemek, który również się zdziwił z pustek na mecie. Na metę dotarliśmy przed 14, czyli ponad 4 godziny od startu. Dla każdego na mecie był zapewniony ciepły posiłek, drożdżówka, napój izotoniczny i ciepłe napoje. Na kolejne osoby musieliśmy już poczekać trochę dłużej - zdobywcy 3. miejsca dotarli prawie półtora godziny po nas. Następne osoby docierały już później jedna po drugiej.
| Najlepsi w kategorii open na dystansie 25km :) |
Ceremonia zakończenia zaplanowana była na godzinę 17, więc trzeba było trochę poczekać, ale na takie chwile zawsze warto poczekać :) Najlepsza trójka w kategorii open otrzymała puchar, dyplom i upominek - ręcznie wykonany świecznik ze szkła. Na koniec zdjęcia na pamiątkę i dla mnie było już po zawodach :) Cały czas na metę dobiegali kolejni zawodnicy. W momencie gdy opuszczałem biuro zawodów na metę stawił się pierwszy zawodnik z trasy 50km. Zadowolony wracałem do domu - łącznie pokonałem prawie 37km, więc zaliczyłem większy dystans niż planowałem, ale tempo było spokojniejsze i w pełni pod kontrolą.
Rajdy i biegi na orientację polecam każdemu - jest to super przygoda i fajne oderwanie się od biegania i ścigania się po asfalcie. Na trasie praktycznie nie używałem kompasu, ale przydatnym narzędziem jest linijka - dzięki niej można przeliczać dystans potrzebny do pokonania do kolejnego punktu kontrolnego lub miejsca odniesienia. Nie jest to nic trudnego, więc każdy łatwo się powinien w tym odnaleźć :) Ja w każdym bądź razie planuję dalej startować w tego typu zawodach, więc możecie się spodziewać dalszych opisów z moich przygód z bieganiem z mapą :)
Na koniec jeszcze mała, aczkolwiek ważna uwaga - jeśli biegacie po lesie to po powrocie do domu sprawdzajcie czy nie przyprowadziliście do domu nowego zwierzątka. Mowa to oczywiście o kleszczach, które lubią się wczepić, a niestety nie są one zbyt przyjaźne i mogą przynieść dużo szkód dla naszego organizmu - od zapalenia opon mózgowych po boreliozę. Dzień po biegu znalazłem u siebie pod kolanem jednego kleszcza i dzięki szybkiej interwencji udało mi się go pozbyć. Sprawdzajcie więc po każdym biegu, czy nie macie gdzieś kleszcza - dużo czasu to nie zajmuje, a pozwoli Wam bez dodatkowych przeszkód zdrowotnych kontynuować przygodę sportową.
P.S. Na ostatnim zdjęciu na głowie możecie zauważyć GoPro - po sklejeniu wrzucę na blog filmik z zaliczeniem poszczególnych punktów kontrolnych. Trochę lepiej zobaczycie jak to wygląda w praktyce :)




raz jeszcze brawa :]
OdpowiedzUsuńWysoka skuteczność nawigacyjna, no i tempo :)
OdpowiedzUsuń