![]() |
| Ultramaraton crossowy po raz pierwszy w Wielkopolsce |
Niedawno
pisałam, że w zawodach biegowych biorę udział dopiero od roku.
Wspomniałam wtedy również, że moje plany i ścieżki biegowe
znajdują się daleko od szosy. To wszystko było prawdą. I dzisiaj
napisać mogę już kilka słów o tym, co wydarzyło się 10 maja
2014 roku niedaleko Poznania, w gminie Grodzisk, Wolsztyn i
Nowy Tomyśl...
PRZED
Na początku stycznia pojawiła się informacja o nowej imprezie
biegowej na mapie Polski. Powiedziałby ktoś, że już tyle jest
tych wydarzeń, że nie potrzebujemy nowych inicjatyw, że już cała
Polska biega i nie ma weekendu wolnego od organizowanych masowych
biegów ulicznych. Jednak takiej imprezy jeszcze w Wielkopolsce nie
było. GWiNT, bo tak brzmi nazwa biegu, o którym chcę pisać, to
wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Dlaczego? Dlatego że zaplanowano
ultramaraton o charakterze crossowym na dwóch dystansach - 55 km i
110 km. Do tej pory każdy, kto chciał sprawdzić swoje możliwości
w biegach ultra poza asfaltowymi drogami, musiał wyjeżdżać w
góry.
Pomysł zorganizowania biegu crossowego w okolicy Poznania był
strzałem w dziesiątkę. Pamiętam nerwowe oczekiwanie na termin
zapisów, czy zdążę, czy wystarczy miejsc.
Ostatecznie udało mi się na niego zapisać i pozostało "tylko"
odpowiednio się przygotować. Trzeba w tym miejscu dodać, że do
chwili startu w Gwincie nie przebiegłam więcej niż 30 km podczas
jednego biegu. Wiedziałam, co to znaczy półmaraton, ale o
maratonie i trudnościach związanych z dystansami ponad 42 km
słyszałam jedynie od znajomych. Zmotywowana dostatecznie mocno
zdecydowałam się na trening funkcjonalny z trenerem personalnym, by
w ten sposób wzmocnić nie tylko mięśnie nóg, ale całego ciała,
które przy takich dystansach eksploatowane jest w najmniejszej nawet
części. Oczywiście też biegałam, ale zwykle ok. 15-20 km, nie
więcej. W marcu pojechałam ze znajomymi do Karpacza, by po raz
pierwszy zmierzyć się ze wzniesieniami większymi niż Dziewicza
Góra ;)
I tak mijały dni aż do 9 maja.
GODZINA
ZERO
I
wreszcie nadszedł ten dzień. 9 maja w godzinach popołudniowych z
wprawionymi biegaczami - Marcinem, Piotrkiem i Tomkiem - pojechałam
do Wolsztyna, gdzie znajdowało się biuro zawodów i zarazem miejsce
noclegowe dla uczestników GWiNTa, którego start zaplanowany był na
godzinę 4.00 w nocy z 9 na 10 maja.
Już
teraz wspomnieć muszę perfekcyjną organizację zawodów. Biorąc
pod uwagę fakt, że był to pierwszy bieg w historii, to naprawdę
osobom odpowiedzialnym za jego organizację należą się ogromne
brawa. Uczestnicy byli informowani na bieżąco o aktualnościach i
zmianach związanych z imprezą zarówno na stronie internetowej
biegu jak i na portalu Facebook. I przyznać trzeba, że z każdym
wpisem tam zamieszczanym zaskakiwali nas pozytywnie (a to czołówka
w pakiecie startowym, a to specjalnie skomponowane śniadanie przed
biegiem, a to przejazd koleją parową na miejsce startu...)
Po
odebraniu pakietu startowego ulokowaliśmy się na sali
gimnastycznej, czyli w tymczasowym wieloosobowym pokoju do spania.
Piotrek, którego od samego początku przygotowań do udziału w
biegu mianowałam osobistym trenerem i mentorem, przejrzał mój
plecak i swoim doświadczonym okiem ocenił, że nie ma potrzeby, bym
zabierała tyle jedzenia, ile spakowałam. Zrobiliśmy więc redukcję
bagażu i trzeba było szykować się do odpoczynku. Czasu nie było
wiele...
Zasnąć
nie mogłam, kołowrotek myśli i ta cholerna niepewność, czy dam
radę. Ok. 1.00 już nie mogłam leżakować, więc wstałam i
rozpoczęłam przygotowania. O 2:00 organizatorzy zaprosili na
śniadanie, które było na miarę śniadania mistrzów - i kasza
jaglana na słodko i słono, i jajecznica ze szczypiorkiem, i sałaty,
i placek owsiany, i koktajle owocowe... Wszystko świeże i pyszne!
Na
godzinę 3:10 zaplanowany był przejazd koleją parową do Grodziska, gdzie znajdowała się linia startu. Mimo że temperatura w
wagonach była bardzo zbliżona do tej, która panuje w saunie, to
jednak była to ciekawa atrakcja i dobre rozwiązanie logistyczne.
Nikt z uczestników nie musiał się martwić o dotarcie do punktu,
skąd zacząć się miała nasza przygoda.
Było
coś magicznego w marszu ze stacji PKP na grodziski rynek. Środek
nocy, niebo usłane chmurami, z których jeszcze niedawno padał
deszcz i strzelały pioruny i ten szpaler ludzi gotowych, by zmierzyć
się z trasą i samym sobą.
![]() |
| Na miejscu startu, lekko zdezorientowane, bardziej przestraszone i śpiące. Z Karoliną Nowakowską i Arletą Utratą |
Po
krótkich przemowach oficjeli i organizatorów padło hasło "START",
a dla mnie to było jak chichot diabła: "no to teraz zobaczysz,
kobieto, co to znaczy bieganie". Od samego początku biegłam z
Piotrkiem, moim guru i kołczem, moim nauczycielem i motywatorem, a
jak się później okazało również moim motorem, napędzaczem
moich mięśni i uspokajaczem mojej zwichrowanej już pod koniec
trasy psychiki. Jakiś czas wcześniej ustaliliśmy, że biec będziemy w
tempie 6 min./km. Biegł z nami również Karol - mój trener
personalny, z którym od listopada 2013 roku trenuję regularnie dwa
razy w tygodniu i któremu zawdzięczam tak dobre przygotowanie
fizyczne. I niech to brzmi rzewnie i słodko, i niech to brzmi infantylnie, ale powiedzieć to muszę:
Panowie,
bez Was nie byłoby GWiNTa z tak wyśrubowanym czasem!
![]() |
| Takich dwóch jak nas trzech... Z Piotrem Oleszakiem i Karolem Bodakiem - osobistymi kołczami :) |
Zatem
ruszyliśmy, czołówki włączone, bo ciemności jeszcze panowały w
lesie, a trasa wymagająca. Trzymamy tempo, czasami zza pleców
dochodzi do mnie hasło: "gdzie lecisz?" - to znak, że
zbytnio przyspieszam a Piotrek nad wszystkim czuwa. Biegnę więc na
maksymalnym luzie psychicznym, o nic nie muszę się martwić. Mam
szczęście! Piotrek co godzinę przypomina mi o uzupełnianiu
suplementów, zażywaniu żeli i regularnym piciu wody. Na początku
nie byliśmy zbyt rozmowni, chyba było po prostu za wcześnie.
Pierwszy
punkt odżywczo-kontrolny zlokalizowany był mniej więcej na 16 km.
Do tego miejsca bieg upłynął mi szybko i bez żadnych
dolegliwości. Po uzupełnieniu bukłaka i spożyciu pomarańczy
ruszyliśmy dalej. Kolejny punkt znajdował się na 27 km i
spędziliśmy tam tyle samo czasu, czyniąc dokładnie to samo, co
wcześniej. Zmęczenie jeszcze nie dawało znać o sobie, co było
ukojeniem dla kołaczących w głowie myśli, że przecież nigdy
więcej nie przebiegłam i to, co będzie się działo na następnych
kilometrach, jest jedną wielką niewiadomą.
Trasa
do tego miejsca była ciekawa - biegła leśnymi ścieżkami z
morenowym ukształtowaniem, dzięki czemu nie nudziła się. Raz pod
górę, za chwilę mocno z górki. Później trasa biegła przez
pola, gdzie dość mocny wiatr skutecznie spowalniał bieg. Ostatni
punkt odżywczy był usytuowany na ok. 37 kilometrze. Kryzysu jeszcze
nie było, nogi działały sprawnie, głowa też, zatem tylko
uzupełniliśmy płyny w plecakach, posililiśmy się bananami i
pomarańczami i ruszyliśmy do przodu.
42
kilometr był moim małym sukcesem. Oto pierwszy raz w życiu
pokonałam dystans maratoński. Piotrek stwierdził, że zwykle
ludzie w takim momencie otrzymują medal, oklaski od kibiców, a ja
nic - cicho i głucho na leśnych duktach. Jednak to nie było ważne
w tym momencie. Cieszyłam się, że nie spotkała mnie słynna
ściana, że nie walczyłam z sobą i że w sumie dystans ten
pokonałam bez problemów w czasie 4 godzin i 12 minut, co wydaje się
być niezłym wynikiem, gdy weźmie się pod uwagę profil trasy i
okoliczności. W nagrodę dostałam zdjęcie zrobione przez
Piotrka
i przybicie z nim "piątki". Nie ma na co czekać, trzeba
biec dalej.
| Pierwszy w życiu dystans maratoński trzeba jakoś uczcić, choćby zdjęciem! |
No
i wreszcie musiał pojawić się on - KRYZYS. Przyszedł z nienacka
ok. 47 kilometra. Nogi już dawały sygnał, że są zmęczone, że
chcą iść, że biegać nie lubią. Głowa ich słuchała i co
gorsze - przytakiwała im. Zaczęłam nerwowo liczyć, ile kilometrów
pozostało do mety. Dodatkowo trasa wiodła już głównie polami,
więc stawała się nudna i nużąca. Lekko mżył deszcz, wiatr się
nie uspokajał, generalnie wszystko już było na nie. I tu po raz
kolejny pokłonić się muszę Piotrkowi. Zrobił kawał dobrej
roboty - okazało się, że oprócz idealnego pacemakera jest również
skutecznym psychologiem i lekarzem. Widząc mój wzrok utkwiony w
nawierzchnię, słysząc zdawkowe tylko odpowiedzi na jego pytania,
zaczął działać. Podał mi glukozę, kontrolował, ile piję i
mówił do mnie, czasami mnie to śmieszyło, czasami denerwowało. Niby nic... a jednak bez niego nie byłoby tego
wyniku i tego sukcesu. Wprawdzie na ok. 50 kilometrze prawie się
pokłóciliśmy, ale to tylko dodało mi energii do biegu, bo
musiałam się wyładować ;)
Walczyłam z głową i nogami do samej mety. Wiedziałam, że dla Piotrka to jest dopiero półmetek i nie chciałam, żeby przeze mnie miał gorszy czas niż sobie zaplanował. Nie chciałam, żeby musiał na mnie czekać, a wiedziałam, że nie posłucha mojej prośby, by biegł do przodu, bo ja prędzej czy później doczłapię się do mety. Dzisiaj mu za to dziękuję, ale wtedy byłam zła i na niego (że nie słucha kobiety;) ) i na siebie, że na sam koniec daję plamę. Tak mijał kilometr po kilometrze, aż usłyszałam głośno wykrzykiwane "Rut-ka, Rut-ka". To Łuciu i Adam zdzierali gardło, kibicując na ostatnich metrach biegu. Ich okrzyki wyzwoliły we mnie ostatnie pokłady energii i ostatecznie linię mety przekroczyłam po upływie 5 godzin 30 minut i 24 sekund od startu.
Walczyłam z głową i nogami do samej mety. Wiedziałam, że dla Piotrka to jest dopiero półmetek i nie chciałam, żeby przeze mnie miał gorszy czas niż sobie zaplanował. Nie chciałam, żeby musiał na mnie czekać, a wiedziałam, że nie posłucha mojej prośby, by biegł do przodu, bo ja prędzej czy później doczłapię się do mety. Dzisiaj mu za to dziękuję, ale wtedy byłam zła i na niego (że nie słucha kobiety;) ) i na siebie, że na sam koniec daję plamę. Tak mijał kilometr po kilometrze, aż usłyszałam głośno wykrzykiwane "Rut-ka, Rut-ka". To Łuciu i Adam zdzierali gardło, kibicując na ostatnich metrach biegu. Ich okrzyki wyzwoliły we mnie ostatnie pokłady energii i ostatecznie linię mety przekroczyłam po upływie 5 godzin 30 minut i 24 sekund od startu.
![]() |
| Jestem ultraską! Na linii mety tuż po jej przekroczeniu, jeszcze z lekkim niedowierzaniem... |
PO
Piotrek
pobiegł dalej, zdążyłam tylko krzyknąć w jego stronę
"dziękuję" i "powodzenia".
Na
szyi zawisł medal, wyjątkowy i póki co dla mnie najcenniejszy.
Poczułam, jak smakuje sukces. Taki mój mały wielki sukces. On
nabrał jeszcze wyrazistszego smaku, gdy nadszedł czas dekoracji
najlepszych zawodników na dystansie 55 km. Wyczytano bowiem moje
nazwisko, jako tej kobiety, która w kategorii wiekowej K-31
zajęła najwyższe miejsce na podium... To się nie dzieje naprawdę
- pomyślałam. Ale jednak działo się :) Pozostałe dane wskazują,
że w generalnej klasyfikacji kobiet zajęłam 5. miejsce, w OPEN
byłam 37. (na 152 osoby, które ukończyły bieg).
![]() |
| Tego się nie spodziewałam! |
I
co teraz? - pomyślałam... Co mam ze sobą zrobić? Nie docierało
do mnie to, co się stało. Nie wierzyłam w to, że już jest po
wszystkim. Że ten cel, który jeszcze dwa dni wcześniej wydawał mi
się marzeniem, dzisiaj się zrealizował i został osiągnięty. I
co ważniejsze... nie kosztowało mnie to aż takiego wysiłku,
jakiego się spodziewałam przed startem.
Przekonałam
się, że "impossible is nothing"; że takie biegi mnie
interesują; że nie lubię asfaltu i nie lubię krótkich dystansów;
że cieszy mnie zmęczenie po takim wysiłku i chcę więcej.
Czas
więc brać się dalej do pracy, szlifować kondycję i czekać na
kolejny cel, który sobie w tym sezonie postawiłam, ale jeszcze boję
się o nim głośno mówić.
P.S. Piotrek pojawił się na mecie 110 km trasy z czasem 11:37:18. W klasyfikacji OPEN zajął siódme miejsce, natomiast w kategorii M18 był pierwszy. Czapki z głów, Kołczu!





Gratulacje i szoda, że mnie tam nie było.
OdpowiedzUsuńGratulacje! Jak starczy mi wytrwałości to może za rok też spróbuje zostać ultrasem :-)
OdpowiedzUsuńDziękuję!
OdpowiedzUsuńI szczerze polecam debiut w ultradystansie właśnie podczas tej imprezy biegowej :)
Super ;). Wkradł się mały błąd ;) powinno być grodziski rynek ;)
OdpowiedzUsuńDziękuję, Michale, już zmieniam.
OdpowiedzUsuńGratulacje wyniku i świetnej relacji. Aż chciałoby się tam być! :)
OdpowiedzUsuńza rok możesz tam być!
Usuńjak nic się złego nie wydarzy, to też tam będziemy :)
Będę :)
UsuńŚwietny wynik! Sam bym tak chciał :) Gdzie tu plama? No i coś nie wierzę w tą nieśmiałość co do tajemniczego kolejnego celu :)
OdpowiedzUsuńJohnson, plama na szczęście się nie pojawiła:)
Usuńnie nazwałabym tego uczucia nieśmiałością, bardziej pasuje lęk, strach czy obawa...
Czyżby wspin na całego? :)
OdpowiedzUsuńWidzę cię na liście w tym roku, super! :)
OdpowiedzUsuńhttp://competit.pl/w/6609/