wtorek, 13 maja 2014

O jasny GWiNT!, czyli o tym, jak zostałam ultraską...


Ultramaraton crossowy po raz pierwszy w Wielkopolsce


       Niedawno pisałam, że w zawodach biegowych biorę udział dopiero od roku. Wspomniałam wtedy również, że moje plany i ścieżki biegowe znajdują się daleko od szosy. To wszystko było prawdą. I dzisiaj napisać mogę już kilka słów o tym, co wydarzyło się 10 maja 2014 roku niedaleko Poznania, w gminie Grodzisk, Wolsztyn i Nowy Tomyśl...

 
 
PRZED

 
       Na początku stycznia pojawiła się informacja o nowej imprezie biegowej na mapie Polski. Powiedziałby ktoś, że już tyle jest tych wydarzeń, że nie potrzebujemy nowych inicjatyw, że już cała Polska biega i nie ma weekendu wolnego od organizowanych masowych biegów ulicznych. Jednak takiej imprezy jeszcze w Wielkopolsce nie było. GWiNT, bo tak brzmi nazwa biegu, o którym chcę pisać, to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Dlaczego? Dlatego że zaplanowano ultramaraton o charakterze crossowym na dwóch dystansach - 55 km i 110 km. Do tej pory każdy, kto chciał sprawdzić swoje możliwości w biegach ultra poza asfaltowymi drogami, musiał wyjeżdżać w góry.
       Pomysł zorganizowania biegu crossowego w okolicy Poznania był strzałem w dziesiątkę. Pamiętam nerwowe oczekiwanie na termin zapisów, czy zdążę, czy wystarczy miejsc.
       Ostatecznie udało mi się na niego zapisać i pozostało "tylko" odpowiednio się przygotować. Trzeba w tym miejscu dodać, że do chwili startu w Gwincie nie przebiegłam więcej niż 30 km podczas jednego biegu. Wiedziałam, co to znaczy półmaraton, ale o maratonie i trudnościach związanych z dystansami ponad 42 km słyszałam jedynie od znajomych. Zmotywowana dostatecznie mocno zdecydowałam się na trening funkcjonalny z trenerem personalnym, by w ten sposób wzmocnić nie tylko mięśnie nóg, ale całego ciała, które przy takich dystansach eksploatowane jest w najmniejszej nawet części. Oczywiście też biegałam, ale zwykle ok. 15-20 km, nie więcej. W marcu pojechałam ze znajomymi do Karpacza, by po raz pierwszy zmierzyć się ze wzniesieniami większymi niż Dziewicza Góra ;)
I tak mijały dni aż do 9 maja.
 
 
GODZINA ZERO
 
 
        I wreszcie nadszedł ten dzień. 9 maja w godzinach popołudniowych z wprawionymi biegaczami - Marcinem, Piotrkiem i Tomkiem - pojechałam do Wolsztyna, gdzie znajdowało się biuro zawodów i zarazem miejsce noclegowe dla uczestników GWiNTa, którego start zaplanowany był na godzinę 4.00 w nocy z 9 na 10 maja.
        Już teraz wspomnieć muszę perfekcyjną organizację zawodów. Biorąc pod uwagę fakt, że był to pierwszy bieg w historii, to naprawdę osobom odpowiedzialnym za jego organizację należą się ogromne brawa. Uczestnicy byli informowani na bieżąco o aktualnościach i zmianach związanych z imprezą zarówno na stronie internetowej biegu jak i na portalu Facebook. I przyznać trzeba, że z każdym wpisem tam zamieszczanym zaskakiwali nas pozytywnie (a to czołówka w pakiecie startowym, a to specjalnie skomponowane śniadanie przed biegiem, a to przejazd koleją parową na miejsce startu...)
        Po odebraniu pakietu startowego ulokowaliśmy się na sali gimnastycznej, czyli w tymczasowym wieloosobowym pokoju do spania. Piotrek, którego od samego początku przygotowań do udziału w biegu mianowałam osobistym trenerem i mentorem, przejrzał mój plecak i swoim doświadczonym okiem ocenił, że nie ma potrzeby, bym zabierała tyle jedzenia, ile spakowałam. Zrobiliśmy więc redukcję bagażu i trzeba było szykować się do odpoczynku. Czasu nie było wiele...
        Zasnąć nie mogłam, kołowrotek myśli i ta cholerna niepewność, czy dam radę. Ok. 1.00 już nie mogłam leżakować, więc wstałam i rozpoczęłam przygotowania. O 2:00 organizatorzy zaprosili na śniadanie, które było na miarę śniadania mistrzów - i kasza jaglana na słodko i słono, i jajecznica ze szczypiorkiem, i sałaty, i placek owsiany, i koktajle owocowe... Wszystko świeże i pyszne!
        Na godzinę 3:10 zaplanowany był przejazd koleją parową do Grodziska, gdzie znajdowała się linia startu. Mimo że temperatura w wagonach była bardzo zbliżona do tej, która panuje w saunie, to jednak była to ciekawa atrakcja i dobre rozwiązanie logistyczne. Nikt z uczestników nie musiał się martwić o dotarcie do punktu, skąd zacząć się miała nasza przygoda.
        Było coś magicznego w marszu ze stacji PKP na grodziski rynek. Środek nocy, niebo usłane chmurami, z których jeszcze niedawno padał deszcz i strzelały pioruny i ten szpaler ludzi gotowych, by zmierzyć się z trasą i samym sobą.
Na miejscu startu, lekko zdezorientowane, bardziej przestraszone i śpiące.
Z Karoliną Nowakowską i Arletą Utratą

       Po krótkich przemowach oficjeli i organizatorów padło hasło "START", a dla mnie to było jak chichot diabła: "no to teraz zobaczysz, kobieto, co to znaczy bieganie". Od samego początku biegłam z Piotrkiem, moim guru i kołczem, moim nauczycielem i motywatorem, a jak się później okazało również moim motorem, napędzaczem moich mięśni i uspokajaczem mojej zwichrowanej już pod koniec trasy psychiki. Jakiś czas wcześniej ustaliliśmy, że biec będziemy w tempie 6 min./km. Biegł z nami również Karol - mój trener personalny, z którym od listopada 2013 roku trenuję regularnie dwa razy w tygodniu i któremu zawdzięczam tak dobre przygotowanie fizyczne. I niech to brzmi rzewnie i słodko, i niech to brzmi infantylnie, ale powiedzieć to muszę:
Panowie, bez Was nie byłoby GWiNTa z tak wyśrubowanym czasem!
 
Takich dwóch jak nas trzech...
Z Piotrem Oleszakiem i Karolem Bodakiem - osobistymi kołczami :)

       Zatem ruszyliśmy, czołówki włączone, bo ciemności jeszcze panowały w lesie, a trasa wymagająca. Trzymamy tempo, czasami zza pleców dochodzi do mnie hasło: "gdzie lecisz?" - to znak, że zbytnio przyspieszam a Piotrek nad wszystkim czuwa. Biegnę więc na maksymalnym luzie psychicznym, o nic nie muszę się martwić. Mam szczęście! Piotrek co godzinę przypomina mi o uzupełnianiu suplementów, zażywaniu żeli i regularnym piciu wody. Na początku nie byliśmy zbyt rozmowni, chyba było po prostu za wcześnie.

        Pierwszy punkt odżywczo-kontrolny zlokalizowany był mniej więcej na 16 km. Do tego miejsca bieg upłynął mi szybko i bez żadnych dolegliwości. Po uzupełnieniu bukłaka i spożyciu pomarańczy ruszyliśmy dalej. Kolejny punkt znajdował się na 27 km i spędziliśmy tam tyle samo czasu, czyniąc dokładnie to samo, co wcześniej. Zmęczenie jeszcze nie dawało znać o sobie, co było ukojeniem dla kołaczących w głowie myśli, że przecież nigdy więcej nie przebiegłam i to, co będzie się działo na następnych kilometrach, jest jedną wielką niewiadomą.

        Trasa do tego miejsca była ciekawa - biegła leśnymi ścieżkami z morenowym ukształtowaniem, dzięki czemu nie nudziła się. Raz pod górę, za chwilę mocno z górki. Później trasa biegła przez pola, gdzie dość mocny wiatr skutecznie spowalniał bieg. Ostatni punkt odżywczy był usytuowany na ok. 37 kilometrze. Kryzysu jeszcze nie było, nogi działały sprawnie, głowa też, zatem tylko uzupełniliśmy płyny w plecakach, posililiśmy się bananami i pomarańczami i ruszyliśmy do przodu.
 
       42 kilometr był moim małym sukcesem. Oto pierwszy raz w życiu pokonałam dystans maratoński. Piotrek stwierdził, że zwykle ludzie w takim momencie otrzymują medal, oklaski od kibiców, a ja nic - cicho i głucho na leśnych duktach. Jednak to nie było ważne w tym momencie. Cieszyłam się, że nie spotkała mnie słynna ściana, że nie walczyłam z sobą i że w sumie dystans ten pokonałam bez problemów w czasie 4 godzin i 12 minut, co wydaje się być niezłym wynikiem, gdy weźmie się pod uwagę profil trasy i okoliczności. W nagrodę dostałam zdjęcie zrobione przez Piotrka i przybicie z nim "piątki". Nie ma na co czekać, trzeba biec dalej.
 

Pierwszy w życiu dystans maratoński trzeba jakoś uczcić, choćby zdjęciem!



       No i wreszcie musiał pojawić się on - KRYZYS. Przyszedł z nienacka ok. 47 kilometra. Nogi już dawały sygnał, że są zmęczone, że chcą iść, że biegać nie lubią. Głowa ich słuchała i co gorsze - przytakiwała im. Zaczęłam nerwowo liczyć, ile kilometrów pozostało do mety. Dodatkowo trasa wiodła już głównie polami, więc stawała się nudna i nużąca. Lekko mżył deszcz, wiatr się nie uspokajał, generalnie wszystko już było na nie. I tu po raz kolejny pokłonić się muszę Piotrkowi. Zrobił kawał dobrej roboty - okazało się, że oprócz idealnego pacemakera jest również skutecznym psychologiem i lekarzem. Widząc mój wzrok utkwiony w nawierzchnię, słysząc zdawkowe tylko odpowiedzi na jego pytania, zaczął działać. Podał mi glukozę, kontrolował, ile piję i mówił do mnie, czasami mnie to śmieszyło, czasami denerwowało. Niby nic... a jednak bez niego nie byłoby tego wyniku i tego sukcesu. Wprawdzie na ok. 50 kilometrze prawie się pokłóciliśmy, ale to tylko dodało mi energii do biegu, bo musiałam się wyładować ;)
       Walczyłam z głową i nogami do samej mety. Wiedziałam, że dla Piotrka to jest dopiero półmetek i nie chciałam, żeby przeze mnie miał gorszy czas niż sobie zaplanował. Nie chciałam, żeby musiał na mnie czekać, a wiedziałam, że nie posłucha mojej prośby, by biegł do przodu, bo ja prędzej czy później doczłapię się do mety. Dzisiaj mu za to dziękuję, ale wtedy byłam zła i na niego (że nie słucha kobiety;) ) i na siebie, że na sam koniec daję plamę. Tak mijał kilometr po kilometrze, aż usłyszałam głośno wykrzykiwane "Rut-ka, Rut-ka". To Łuciu i Adam zdzierali gardło, kibicując na ostatnich metrach biegu. Ich okrzyki wyzwoliły we mnie ostatnie pokłady energii i ostatecznie linię mety przekroczyłam po upływie 5 godzin 30 minut i 24 sekund od startu.


Jestem ultraską! Na linii mety tuż po jej przekroczeniu, jeszcze z lekkim niedowierzaniem...
 
 
PO
 
 
Piotrek pobiegł dalej, zdążyłam tylko krzyknąć w jego stronę "dziękuję" i "powodzenia".

       Na szyi zawisł medal, wyjątkowy i póki co dla mnie najcenniejszy. Poczułam, jak smakuje sukces. Taki mój mały wielki sukces. On nabrał jeszcze wyrazistszego smaku, gdy nadszedł czas dekoracji najlepszych zawodników na dystansie 55 km. Wyczytano bowiem moje nazwisko, jako tej kobiety, która w  kategorii wiekowej K-31 zajęła najwyższe miejsce na podium... To się nie dzieje naprawdę - pomyślałam. Ale jednak działo się :) Pozostałe dane wskazują, że w generalnej klasyfikacji kobiet zajęłam 5. miejsce, w OPEN byłam 37. (na 152 osoby, które ukończyły bieg).

Tego się nie spodziewałam!

       I co teraz? - pomyślałam... Co mam ze sobą zrobić? Nie docierało do mnie to, co się stało. Nie wierzyłam w to, że już jest po wszystkim. Że ten cel, który jeszcze dwa dni wcześniej wydawał mi się marzeniem, dzisiaj się zrealizował i został osiągnięty. I co ważniejsze... nie kosztowało mnie to aż takiego wysiłku, jakiego się spodziewałam przed startem.

        Przekonałam się, że "impossible is nothing"; że takie biegi mnie interesują; że nie lubię asfaltu i nie lubię krótkich dystansów; że cieszy mnie zmęczenie po takim wysiłku i chcę więcej.

        Czas więc brać się dalej do pracy, szlifować kondycję i czekać na kolejny cel, który sobie w tym sezonie postawiłam, ale jeszcze boję się o nim głośno mówić.

       P.S. Piotrek pojawił się na mecie 110 km trasy z czasem 11:37:18. W klasyfikacji OPEN zajął siódme miejsce, natomiast w kategorii M18 był pierwszy. Czapki z głów, Kołczu!

12 komentarzy:

  1. Gratulacje! Jak starczy mi wytrwałości to może za rok też spróbuje zostać ultrasem :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję!
    I szczerze polecam debiut w ultradystansie właśnie podczas tej imprezy biegowej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super ;). Wkradł się mały błąd ;) powinno być grodziski rynek ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję, Michale, już zmieniam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratulacje wyniku i świetnej relacji. Aż chciałoby się tam być! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. za rok możesz tam być!
      jak nic się złego nie wydarzy, to też tam będziemy :)

      Usuń
  6. Świetny wynik! Sam bym tak chciał :) Gdzie tu plama? No i coś nie wierzę w tą nieśmiałość co do tajemniczego kolejnego celu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Johnson, plama na szczęście się nie pojawiła:)
      nie nazwałabym tego uczucia nieśmiałością, bardziej pasuje lęk, strach czy obawa...

      Usuń
  7. Czyżby wspin na całego? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Widzę cię na liście w tym roku, super! :)
    http://competit.pl/w/6609/

    OdpowiedzUsuń